psy

„DO WODY!"

Większość psów z natury chętnie wchodzi do wody i umie się też utrzymać na jej powierzchni, prawidłowego jednak pływania uczy się dopiero po dłuższym doświadczeniu. Pies nieobyty z wodą, bijąc nerwowo łapami stara się wysoko utrzymywać głowę i barki, marnuje dużo energii, zalewa sobie pole widzenia i uszy bryzgami i pływa wskutek tego hałaśliwie.
Pies dobrze pływający zanurza się spokojnie po łeb, zachowuje pewność ruchów i nie męcząc się niepotrzebnie może pływać wy­trwale. Chcąc psa oswoić z rzeką, czy stawem nie wolno go bru­talnie wrzucać do wody — można tylko zachęcać do dobrowolnego zapoznania się z tym początkowo dlań obcym żywiołem.
Nabywając psa młodego i niezepsutego przez poprzedniego wła­ściciela będzie się miało łatwe zadanie. Po prostu w piękny letni dzień należy kąpiąc się skusić go przy zabawie, by zaczął hasać po płytkiej wodzie i powoli zdecydował się na pływanie. Gdy pan przejdzie lub przepłynie strumyk albo rzeczkę, pies ulegając swe­mu naturalnemu popędowi, który go ciągnie za przewodnikiem, po krótszym lub dłuższym wahaniu zdecyduje się również na prze­prawę na drugi brzeg. Po kilku ćwiczeniach sam zacznie się chęt­nie pławić i będzie przynosił pływające aporty — o ile oczywiście już przedtem aportował na lądzie. Nigdy jednak nie wolno dążyć do rezultatów „par force". Szczególnie jeśli będziemy w przyszło­ści żądali od psa pasjonującej pracy wodnej, nie można dopuścić, by powstało w związku z tym uczucie strachu lub przymusu. Trud­niej jest, gdy ma się do czynienia z psem, którego ktoś już wcze­śniej zniechęcił do wody stosując niemądry system pedagogiczny.
Nabyłem kiedyś doskonałego wyżła niemieckiego krótkowłosego, którego poprzedni właściciel niemal całkowicie popsuł brutalną tresurą. Pies ten miał fenomenalny węch, na kurach spisywał się niczym najlepszy pointer, świetnie aportował postrzałki — był jednak wystraszony i trochę nerwowy, a wody tak się bał, że na jej widok zawodził prawie zupełnie przy najłat­wiejszych zadaniach. Niewątpliwie musiał on przeżyć jakieś bardzo przykre zdarzenia związane z wodą.
Powoli udało mi się ośmielić psa, zdobyć jego pełne zaufanie i miałem z niego dużo pożytku w pracy polowej. Dokładałem maksimum starań, by go też przekonać o nieszkodliwości wody — lecz wszystko daremnie. Pies był karny, póki wody nie zobaczył. Na jej widok wracała nieufność i lęk. W końcu udało się to przezwyciężyć dzięki przypadkowi.
Polowaliśmy na kury, pies był w świetnej formie, ja byłem w najlep­szym humorze, zadowolony z pracy psa i polowania. Po rozbiciu stadka kur, mój wyżeł wystawił mi jedną z nich przed dość szerokim rowem dre­nowym, którego na szczęście nie zauważył. Po strzale kuropatwa spadła zbarczona po drugiej stronie rowu, w naszych oczach wyciekając na nogach. Zawołałem „aport!". Pies na moment znieruchomiał przed rowem, lecz in­stynkt pogoni za łupem przezwyciężył strach. Usiłował przeskoczyć rów, lecz odległość była za duża i „wylądował" w wodzie. Z konieczności prze­płynął resztę rowu i powrócił już wpław aportując postrzałka.
Co prawda tym razem, widocznie z emocji, pogniótł kurę niemiłosiernie, czego normalnie nie robił. Nie zwróciłem na ten błąd uwagi, rad że pierwszy raz udało się przezwyciężenie tak głęboko tkwiących w umyśle psa zaha­mowań. Ostrożnie zacząłem oswajać go z wodą i udało się w znacznej mie­rze uczynić zeń normalnego psa użytkowego. Nie zdołałem jednak całko­wicie wytępić zakorzenionego w nim urazu — zbyt silne były wspomnie­nia jakichś nieznanych przykrych skojarzeń, wywołujących refleks obawy.
Celowo opisałem obszerniej przykład z własnej praktyki chcąc przed­stawić czytelnikowi ujemne skutki przymusu przy oswajaniu psa z wodą.
Praca psa myśliwskiego w łowiskach wodnych jest analogiczna do pracy płochacza w normalnych warunkach łowisk lądowych, z tym że dopiero duża praktyka i umiejętne pobudzanie wrodzo­nych zamiłowań daje w wyniku dobre rezultaty.
Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że etyczny myśliwy nie będzie wymagał od psa pracy przekraczającej jego możliwości. Nie należy przeto posyłać go do wody wśród kry albo przy zimnych wiatrach nawet wtedy, gdy pies sam okazuje ochotę do aportowania. Często można sobie pomóc odpowiednim patykiem lub rzutem gałęzi na sznurze, by ściągnąć zestrzeloną kaczkę. Lepiej nieraz nadłożyć czasu na zabranie kaczki przy pomocy łodzi lub zrezygnować z wąt­pliwego strzału, a nawet postrzałka, niż lekkomyślnie narażać cen­nego i wiernego pomocnika na ciężkie i nieuleczalne choroby.
Obowiązkiem myśliwego jest dołożyć wszelkich starań, by nie dopuścić do niepotrzebnych mąk i zmarnowania postrzałka, lecz więcej chyba względów musimy okazywać naszemu psu. Wzgląd zwierzynie okażemy unikając niepewnych strzałów.
Wiele wyżłów mogłoby znacznie dłużej pełnić swą służbę w do­brym zdrowiu, gdyby właściciele nadmiernymi żądaniami nie spo­wodowali ich przedwczesnego wyczerpania przez reumatyzmy i choroby nerek, będące wynikiem przeziębień. Poza tym w nor­malnych warunkach atmosferycznych nie wolno mokrego psa ska­zywać na bezczynność przez zostawianie go w pozycji leżącej lub siedzącej. Pies po ukończeniu pracy wodnej powinien mieć moż­ność wybiegania się swobodnego, przy czym sam się najlepiej osuszy. Jeżeli zaraz po polowaniu wracamy bryczką lub co gorsza otwartym samochodem, trzeba psa przed wzięciem na wóz dobrze wytrzeć, o ile możności do sucha i okryć jakąś derką przed wia­trem, na którego działanie pies jest wystawiony siedząc lub leżąc bezczynnie w czasie jazdy. O tym nie powinien zapominać żaden kulturalny myśliwy.

Polecane strony :

Copyright 2011