psy

KARNOŚĆ

  • http://www.alkowiki.pl
  • Nauka karności (przychodzenia psa na zawołanie) jest w zasadzie bardzo łatwa, bo opiera się na wrodzonym instynkcie sfory, prze­jawiającym się w formie przywiązania do pana. Jeśli tyle jest psów tresowanych według anegdotycznej formy „chodź tu albo nie", po czym rzeczywiście pies czasem przychodzi, a czasem nie — to jest to wynikiem tak częstego niezrozumienia psychiki psa.
    W psiej psychice nie ma miejsca na posłuszeństwo, np. z poczu­cia obowiązku. Pies przychodzi do pana, bo mu jest przyjemnie postępować zgodnie z wrodzonymi skłonnościami towarzyszenia przewodnikowi. Instynktowne to przywiązanie potęguje następnie zebrane doświadczenie życiowe. Chodzi więc o to, by wytworzyć w psie odruch, że po sygnale wołającym, np. „chodź tu" albo odpo­wiednim (stale tym samym, a odmiennym od innych) gwizdku czy też sygnale optycznym (nachylenie się pana z poklepywaniem własnego uda), następuje działanie przyjemne dla psa (podanie smacznego kąska lub głaskanie).
    Chcąc psa nauczyć karności nie można stwarzać sytuacji, że sy­gnał wołający może być również zapowiedzią czegoś przykrego czy nawet bolesnego bicia. Pamiętajmy, że pies chętnie przychodzi do pana, bo samo towarzystwo pana jest mu przyjemne; nie wy­kona jednak tej z natury dlań miłej czynności wtedy, gdy albo ma przed sobą perspektywę czegoś bardziej atrakcyjnego (pogoń za suką, czy kotem), albo gdy przyjemność zbliżenia się do pana łączy się z obawą doznania jakiejś przykrości.
    Już od chwili nabycia psa powinniśmy wołać go tylko do rzeczy przyjemnych (karmienie, zabawa, spacer), aby nie powstało u niego skojarzenie, iż wołanie jest zapowiedzią przykrości wyrządzanej mu przez pana. W ten sposób nasz pupil nie nabiera złych doświad­czeń, ma do nas zupełnie naturalne przywiązanie oparte na in­stynkcie sfory — i zaufanie, którego nigdy nie powinniśmy za­wieść.
    Stworzywszy tak obiecujący dla obu stron stan rzeczy idziemy z psem na spacer. Pies idzie wpierw na lince, potem wolno przy nodze, wreszcie posyłamy go „naprzód!", a po paru minutach wołamy do siebie. Wołanie pana jest przyjemne, tym bardziej, że pan jako dobry wychowawca nosi ze sobą smaczne kąski — nagrodę za prędki powrót. Pies więc prędko i chętnie przychodzi na sygnał. Sygnału tego nie może uważać za „rozkaz", czyli narzuconą mu normę postępowania, gdyż znaczenia słowa „rozkaz" w ogóle nie pojmuje.
    Pan, zadowolony z psa, uwalnia go znów sygnałem „naprzód!". I teraz zaczyna się psia tragedia, wynikająca z wzajemnego nie­porozumienia. Nasz pełen temperamentu i ciekawości życiowej pupil wypłoszył przypadkowo gdzieś pod miedzą zająca. Zając, jak zając, nie ciekaw jest psich znajomości i zaczyna uciekać, zgodnie ze swą naturą. Dla psa otworzył się nowy świat: pierwszy raz w swym półrocznym życiu poznał tak atrakcyjny zapach. Źródło zapachu w dodatku ucieka. W naszym psie budzi się zew krwi, a odwieczny instynkt pogoni za łupem każe mu udać się w pościg co sił w nogach. Właściciel niestety jest innego zdania i woła lub gwiżdże. Pies jednak tak jest zajęty nowym przeżyciem, że być może wcale nie słyszy albo nie zauważa wołania. Jeśli zaś nawet słyszy, to czuje mniej więcej tak: — Sygnał „chodź tu" łączy się co prawda z miłymi wspomnieniami, ale pogoń za nieznanym łu­pem, którego ucieczka budzi niepokonane instynkty, jest znacznie przyjemniejsza. Postępuje więc tak, jak myśmy nieraz postępowali w młodości mając do wyboru — obowiązek albo przyjemność. To znaczy wybiera rzecz bardziej przyjemną. — Przecież zając ucie­ka, a pan nie zając, więc poczeka! — Pan zaś zostaje i gniewa się na „nieposłusznego" psa, który wolał usłuchać głosu krwi swych przodków, niż głosu pana. W miarę jak pogoń się przedłuża, rośnie oburzenie pana na postępek psa i zbiera się gniew, który jak zawsze, tak i tu okazuje się najgorszym doradcą.
    Wreszcie nasza „Aza" czy „Łobuz" stracili zająca z oczu i w we­sołych podskokach wracają, by podzielić z panem radość przy­jemnego przeżycia. Najwyżej dziwi się, że przewodnik zachował się tak według jego pojęć niewłaściwie i nie pogonił wraz z nim za łupem. Pan zaś chwyta go brutalnie za kark i wśród objawów gniewu bije przy akompaniamencie kazania, w którym zwykle padają słowa: „Wołałem cię Łobuzie chodź tu!" itp. Pies nic z tego nie rozumie, a jedynie umysł jego rejestruje: Zapach zwierzyny był ciekawy, pogoń rozkoszną przyjemnością, powrót zaś spowo­dował przykrość, której towarzyszyły dźwięki: „Łobuz", „chodź tu!", dotychczas zawsze tylko w miłych okolicznościach słyszane.
    Tak powstaje rozczarowanie i nieufność do pana. Poza tym pies przekonał się, że dźwięk: „Łobuz" i „chodź tu" mogą być też sy­gnałem przykrych wydarzeń. Na razie jest on zdezorientowany.
    W parę dni później powtarza się podobna sytuacja — znów psa coś kusi, znów ulega naturalnemu popędowi i znów wraca „jak gdyby nic". Skoro tylko pojawi się w zasięgu wzroku pana, ten woła „chodź tu", lecz tonem dziwnie "dla psa przykrym. Budzą się reminiscencje ostatniego „lania" i pies ma wątpliwości czy, „chodź tu;" to zapowiedź miłego przywitania jak zwykle, czy też bicia jak ongiś. Zwalnia kroku — namyśla się i przybiera postawę wstydu lub skruchy. Jeszcze nie wie co go czeka — ponieważ jednak jest z natury przywiązany do pana — wraca, co prawda z ociąganiem się, lecz wraca. Pan oczywiście znów gniewny i znów spotyka psa kara. Teraz już pies wie: pogoń łączy się z przyjemnością — powrót do pana z przykrością. Gdyby nie wyciągnął stąd wniosku, nie­słusznie uważalibyśmy go za mądre stworzenie. Na przyszły więc raz wcale nie zaniecha rzeczy przyjemnej — lecz będzie unikał przykrej. Po prostu nie wróci do ręki pana, a na wszelkie próby zbliżenia się reaguje ucieczką. Pan wpada w pasję — zaczyna się gonitwa wśród głośnych okrzyków „chodź tu!" i wymachiwania batem. W końcu pan widzi bezskuteczność pogoni, tłumi objawy gniewu i zaczyna przemawiać czule. Pies słyszy zmianę tonu, my­śli, że pan przestał być agresywny, sam zresztą dawno miał ochotę wrócić, tylko strach przed agresją pana tłumił ten naturalny od­ruch. Pies jest jeszcze trochę zdezorientowany — czyli jak pan sobie to tłumaczy „skruszony" i „pełen poczucia winy" — ale wraca. I znów przekonuje się, że pan woła na to, żeby bić.
    Po tym ponownym doświadczeniu nie da się już więcej nabrać i unika pana zarówno ostro, jak i łagodnie wołającego. Tak więc pan sam nauczył psa, jak się go bać i nie przychodzić na zawołanie, które jest zapowiedzią przykrych następstw. Jeśli zrozumiemy ten normalny tok psiego myślenia, to znajdziemy i sposób uniknięcia niepożądanych skojarzeń.
    Trzeba więc, jeśli coś przyjemnego absorbuje psa, nęcić go ku sobie czymś przyjemniejszym. I tak np. przyjmijmy, że nasz pies nie goni za zającem, lecz po prostu „czyta nosem" ciekawe wiado­mości, które jakiś z jego pobratymców pozostawił pod przydro­żnym drzewkiem. Jest tak zaabsorbowany tym miłym zajęciem, że wcale lub mało zwraca uwagi na nasze wołanie. Zamiast jednak biegnąć do niego co wyzwoliłoby naturalny pęd do ucieczki, postę­pujemy całkiem inaczej — zaczynamy się biegiem oddalać od psa. To go niewątpliwie zainteresuje. Wyzwalamy w nim instynkt po­goni, który razem z instynktem przywiązania do przewodnika każe mu przybiec do nas. I teraz choćby nas nawet bardzo rozgniewała jego nieuwaga witamy go serdecznie i chwalimy, by utrwalić sko­jarzenie, że powrót do pana jest zawsze przyjemny. Powtarzam: ucieczka pana lub jego przycupnięcie na ziemi zachęca psa do powrotu — pogoń za psem wyzwala w nim naturalny instynkt ucieczki.
    Chcąc psa skłonić do większej uwagi należy wykorzystać chwilę, gdy on się zbytnio oddali i zajmie czymś innym i schować się gdzieś do rowu albo za drzewo o ile możności z wiatrem idącym od psa. Gdy pies spostrzeże brak przewodnika, zaniepokoi się, od­czuje przykrość rozłąki — obawę zgubienia pana — zacznie gonić i szukać.
    Pozwólmy mu się teraz martwić. Właśnie o to chodziło. Niech dozna przykrości, lecz nie od nas. Być może, że sam wpadnie na nasz ślad, być może trzeba mu będzie pomóc po dłuższym (im dłuższym tym lepiej) nerwowym szukaniu i zawołać go. W każ­dym razie po powrocie witamy go radośnie i chwalimy.
    Nie zawsze jednak będzie można przelicytować pokusy przy­jemnościami. Tyle jest pokus silniejszych, wobec których okażemy się za mało atrakcyjni. Wtedy trzeba wprowadzić, oprócz dotych­czas stosowanych bodźców przyjemnych, także i bodźce przykre. Trzeba je jednak tak uruchomić, by przykrości te nie były zwią­zane z osobą pana, ani tym mniej z czynnością powrotu do niego. W tym celu stosujemy łańcuszek rzutowy lub co lepiej procę. Idzie­my z psem na spacer. I znów „Łobuz" biegając wolno znalazł coś ciekawego, co go całkiem zaabsorbowało (np. myszkuje w kreto-winie). Wołamy — lecz bezskutecznie. Otóż teraz nie powtarzamy bezcelowych nawoływań, tylko wypuszczamy z procy kamyk lub tzw. loftkę celując w zad albo bok psa. Oczywiście uważamy, by nie trafić w głowę lub oko. Psa spotkał cios jak grom z jasnego nieba. Odruchowo rozejrzy się za nami. Wtedy należy powtórzyć zawołanie i powracającego psa przywitać wesoło jak zawsze, ewen­tualnie nagrodzić. W ten sposób powstaje dalsze pożądane skoja­rzenie — wołanie jest ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem Niebezpieczeństwo ustaje z chwilą powrotu do pana. Odruch ten można utrwalić różnymi sposobami.
    Można, podobnie jak przy innych ćwiczeniach, użyć pomocni­ków, osób obcych dla psa, statystujących na polu ćwiczeń. Osoby te zachowują się obojętnie, lecz z chwilą gdy na przykład nasz „Łobuz" zacznie gnać w kierunku jakiegoś psa, a oddalać się od wołającego pana, pomocnicy po kolei zaczynają zadawać mu różne przykrości, najlepiej przez ostrzeliwanie z procy. Dotkliwy cios batem furmańskim (byle nie po głowie) będzie również działał wychowawczo. Wszystkie te przykrości ustają natychmiast skoro pies zawróci do pana. Pan naturalnie woła psa radośnie, nagradza go i postępuje tak, by utrwalić odruch „powrót do pana jest przy­jemnością".
    Pamiętać należy, że z chwilą gdy chcemy skłonić psa do jakiegoś postępowania, musimy mu to postępowanie umilić. Gdy zaś chce­my odwieść go od działania, które jest dla niego z natury przy­jemne, musimy mu to działanie połączyć z bezpośrednio związaną z tym przykrością, która będzie silniejsza niż przyjemność z dzia­łaniem związana.
    Na tym też oparty jest magiczny skutek tzw. karnego strzału, który może za jednym zamachem wyleczyć psa z gonienia zajęcy. Nie neguję, że taki radykalny środek bywa czasami bardzo sku­teczny, lecz odradzam go stanowczo dlatego, że poza ryzykiem skaleczenia czy uśmiercenia psa (o ile śrut dostanie się do jamy brzusznej) powstać mogą fatalne dla wyżła konsekwencje. Pies nerwowy nabawi się nieuleczalnej obawy strzału albo w ogóle znie­chęci się do gonienia zajęcy i również straci raz na zawsze ochotę do ścigania i aportowania nawet postrzałków.
    Gonienie zwierzyny, a w szczególności zajęcy jest naturalnym popędem psa i dlatego nie ma nieszczęścia, jeśli wyżeł w pierw­szym polu przy nauce nieraz pobiegnie za szarakiem. Po prostu należy uznać to za grzech młodości i siąść spokojnie .czekając na powrót psa, po czym przywitać go normalnie, jakby się nic nie stało. Inteligentny pies szybko przekona się o bezcelowości takich gonitw za zdrowym zającem i sam ich zaniecha.
    Gdyby jednak pasja ta nie ustąpiła po kilku gonitwach, jest inny sposób na to, by go od niej odzwyczaić. Albo rozstawiamy kilku pomocników statystów z procami lub batami, albo też zakła­damy psu tzw. korale, puszczamy go na długiej — jak najdłuższej (15—30 m) lince i pozwalamy mu biegać w rewirze, gdzie spo­dziewamy się pokusy pod postacią zająca. O ile teraz psa poniesie pasja, to gwałtowne szarpnięcie linką pouczy go, że gonienie sza­raka może być bardziej przykre niż przyjemne. Do tego jak od­uczyć wyżła pogoni za zającami powrócę jeszcze w rozdziale po­święconym psu polowemu.
    Psy nie myśliwskie, od których nie będziemy żądali aportowania zwierzyny, powinny nabrać przekonania, że pogoń za zwierzyną jest zawsze połączona z przykrością (patrz rozdz. „Odzwyczajanie od narowów" — str. 154).
    Każdy z czytelników może sam znaleźć szereg pomysłów w celu nauczenia psa karności, lecz zawsze powinien pamiętać, że nie wol­no psa karać, jeśli wraca do pana, choćby według naszych ludzkich pojęć w pełni na to zasługiwał. Pies nie zrozumie kary, która na­stępuje po czynie. Na psa trzeba działać przykrością równoczesną z przewinieniem. A więc karać w czasie, a nie po przestępstwie. Więcej jeszcze — chcąc psu jakieś działanie uprzykrzyć stosujemy przykry przymus nawet przed wykonaniem czynności niepożąda­nej, już w chwili, kiedy się pojawia pokusa.
    Zaznaczyć należy, że nauki psa nigdy nie można uważać za ukończoną. Tylko ciągłe powtarzanie ćwiczeń oraz konsekwentne postępowanie przewodnika utrwala psa w karności, rozwija jego inteligencję i przydatność do służby. Pies, który stracił zaufanie do swego pana i boi się go, nigdy nie będzie ani naprawdę karnym, ani w pełni pożytecznym pomocnikiem. Pies taki może znów na­brać walorów w rękach innego przewodnika, który przez właściwe postępowanie zaskarbi sobie zaufanie psa.

    Polecane strony :

    Copyright 2011