psy

PSY MYŚLIWSKIE

Rozróżniamy dwa podstawowe typy: psa szukającego górnym wiatrem oraz psa tropiciela właściwego, który szuka dolnym wia­trem.
Przedstawicielem pierwszego typu jest pointer i setter. Chcąc utrzymać takiego psa w stylu nie należy od niego wymagać szu­kania przy ziemi. Zaletą jego jest, że w szybkim tempie przeszu­kuje teren i wystawia zwierzynę na duży dystans pod wiatr. Nie może więc zatrzymywać się nad każdym śladem. Pointer czy setter ma wskazywać zwierzynę tam, gdzie ona jest, a nie — gdzie była.
Uwzględniając rodzaj ptactwa i sposób polowania z tymi psami nie można uważać za błąd, jeśli pies puści mimo nosa jakąś po­jedynczą kurę, o ile go równocześnie wabi na dalszy dystans woń całego stadka.
Przedstawicielem psów, które pracują, a w każdym razie praco­wać powinny dolnym wiatrem, jest posokowiec. Posokowiec czy tropowiec — w odróżnieniu od psa polowego, który szuka zwie­rzyny danego gatunku — wybrać ma określoną jednostkę i po­stępować za jej śladem, mimo że inne okazy z tego samego ga­tunku znajdą się lub zostawią ślad w zasięgu jego węchu.
Pomiędzy tymi dwiema skrajnościami znaleźć można całą gamę psich możliwości posługiwania się od wypadku do wypadku bądź to dolnym, bądź też górnym wiatrem. Oczywiście jak już wyżej wspomniałem, im więcej będziemy wymagali od psa w jednym kierunku, tym mniej możemy odeń wymagać w drugim. Między pracą psa polowego, a pracą posokowca jest zasadnicza rozbież­ność. Od polowca żąda się, by w lot reagował na zapach każdej zwierzyny w zasięgu swego powonienia.
Toteż tu szybkość reagowania i staranne okładanie pola, przy jak najczulszym węchu jest najważniejszą zaletą. Dlatego tego rodzaju praca psa jest do pewnego stopnia nerwową improwizacją.
Od posokowca zaś wymaga się skupienia całej uwagi na jednym śladzie, z wyłączeniem wszelkich zainteresowań postronnych. Po­śpiech i nerwowość przeszkadza w precyzyjnej pracy. Przeciwień­stwa te doskonale ocenili Anglicy, specjalizujący psy na: polowe, szukające górnym wiatrem, aportery oraz płochacze do szukania w wolniejszym tempie na mniejszej przestrzeni; wreszcie tropow-ce, których najwyższą klasę w pracy na śladzie ludzkim reprezen­tuje bloodhound.
Konsekwencją tych przeciwieństw, tkwiących w samym zało­żeniu zakreślonych psom zadań, jest, że polowiec pracujący dol­nym wiatrem na śladzie lub na zmianę dolnym i górnym przy szperaniu (jak to robią płochacze) traci wprawdzie na stylu i szyb­kości, ale przez to jeszcze nie traci swej użyteczności polowej. Natomiast posokowiec, który by zamiast spokojnej i skupionej pracy na tropie zaczął przechodzić w szukanie górnym wiatrem, jest praktycznie bezwartościowy. Dlatego też wyżły mogą być uży­te z zadowalającymi, a czasem nawet doskonałymi wynikami jako posokowce, nie tracąc wiele albo czasem i nic zgoła ze swej uży­teczności polowej, natomiast posokowca do szukania zwierzyny w polu nie można użyć, a wszelkie próby przyczyniłyby się do utraty głównej jego zalety, jaką jest precyzja przy trzymaniu się jednego tropu.
Wspomnieć tu jeszcze należy, że wyżłowi (myślę przede wszyst­kim o wyżłach wszechstronnych typu kontynentalnego), a także aporterowi czy płochaczowi dłuższa praktyka dostarcza doświad­czenia, iż zapach zwierzyny rannej, nawet nie farbującej, jest od­mienny od zwierzyny zdrowej. Zjawisko to stanie się zrozumiałe, jeśli uwzględnimy tzw. fizjognomię zapachu, o czym piszę w na­stępnym rozdziale.
Szkolenie psa w pracy węchowej można zacząć bardzo wcześnie, nieraz już po trzecim, a z reguły po szóstym miesiącu życia. Po­czątki tej pracy będą oparte na zabawie i nie mogą zajmować psa niczym, co samo przez się nie wchodzi w zakres jego naturalnych zainteresowań. W tym wypadku uczynić można odstępstwo od za­sady stałości miejsca karmienia. Przed porą posiłku kładziemy ślad w ten sposób, że na sznurku wleczemy po ziemi kawałek kiełbasy lub ochłap mięsa, a na końcu ustawiamy miskę z pokarmem. Na początek śladu naprowadzamy psa i zachęcamy go słowami: „szu­kaj, gdzie miska?". Podkreślam, że celowo dobrać należy hasło w formie pytania. Nie chodzi tu oczywiście o gramatyczny sens, lecz o to, by przewodnik się przyzwyczaił, że wolno mu przy tych ćwiczeniach przemawiać do psa tylko tonem przyjaznym, zagrze­wającym, a nigdy ostrym lub przykrym. Przy późniejszych ćwi­czeniach, gdy nieraz pies wskutek różnych nieznanych przyczyn zacznie chwilowo zawodzić, zdenerwowany i mało opanowany przewodnik mógłby zbyt łatwo wpaść, nawet nieświadomie, w ton rozkazu „szukaj zguby", a im ostrzejszy byłby rozkaz, tym więcej denerwowałby się również pies i skupienia żadnego byśmy nie osiągnęli.
Zamiast ciągnięcia śladu można również kapać kroplami zawar­tości miski. Wystarczy parę kropel co krok lub kilka kroków, lecz zawsze na niskiej murawie strzyżonej, ewentualnie na gołej ziemi, a nie wśród wysokich traw. Wtedy pies nie będzie miał tendencji do szukania górnym wiatrem, co by robił mając ślad pokarmu na wysokich źdźbłach. W celu uniknięcia nieporozumień zaznaczam, że pies obdarzony dobrym węchem, na wyraźnym i łatwym tropie nie idzie z nosem przy ziemi, z chwilą gdy w normalnej pozycji może zupełnie wyraźnie ślad wyczuć. Mimo to będzie szukał dol­nym wiatrem, bo jego nić przewodnia, na której skupia uwagę, jest na ziemi.
Każdy szczeniak, jeżeli tylko ma węch i apetyt, zainteresuje się pociągającą go wonią i z własnej ciekawości zacznie iść za śladem. Po kilku takich ćwiczeniach prędko ustali się w jego umyśle sko­jarzenie, że słowa „szukaj, gdzie..."? są zapowiedzią czegoś miłego i wprowadzą go w nastrój wesołego napięcia.
Z dnia na dzień zmieniamy miejsce i odległość miski, a drogę komplikujemy coraz bardziej. Gdybyśmy zauważyli, że pies nie zdradza ochoty do szukania po śladzie, lecz chce rewirować po łące, by górnym wiatrem lub co gorsza wzrokiem znaleźć ukryte naczynie, odwołujemy go spokojnie i zabieramy miskę, której za­wartość damy mu do zjedzenia dopiero w domu.
Należy jednak odróżniać czy pies szuka w ogóle w niewłaściwy sposób, czy też zwietrzył na dystans miskę i zdąża wprost do niej. Wtedy trudno żądać od niego, by szukał czegoś, co już odnalazł. Tak znalezione jedzenie trzeba mu zostawić jako dobrze zasłużoną nagrodę.
Gdy pies nie zwracając uwagi na ślad poszukuje miski na chybił trafił, przy następnym ćwiczeniu wleczemy lub co lepiej rozle­wamy przynętę szczególnie atrakcyjną, jak np. sos pieczeniowy, a sam pokarm w naczyniu przykrywamy możliwie szczelnie, by nie rozsiewał woni. Dopiero kiedy pies dojdzie do miski po śladzie, odkrywamy ją i udostępniamy mu.
W wypadku szczególnie dobrego węchu kładziemy następny ślad w ten sposób, że pies musi go wypracować z wiatrem, a nie pod wiatr. Miskę izolujemy szczelnie, by sam zapach nie zdradzał jej kryjówki.
Ćwiczenia te nie są właściwie nauką, lecz mają na celu przy­zwyczajenie psa od wczesnego szczenięctwa, iż najpewniejszym jego przewodnikiem jest nos, a niezawodne wskazówki odbiera on z ziemi, nie z powietrza. Nie potrzeba ich też powtarzać codzien­nie, lecz wystarczy co parę dni, coraz przedłużając ślad do kilo­metra i dalej. Siad ten może mieć szereg zakrętów w jedną i drugą stronę, lecz może też zaistnieć taka ewentualność, że w razie zmia­ny kierunku wiatru pies zetnie zakręt, o ile dostanie wiatr bez­pośrednio od dalszego odcinka przed nim leżącego. Jeśli ślad po­łożono np. po linii podkowy, zdarza się, że pies przy sprzyjających warunkach atmosferycznych przeskoczy wprost z początkowego ramienia na końcowe z pominięciem pętli.
Odległości, na jakie pies może odbierać wrażenia węchowe, są dla człowieka prawie niewiarygodne. Obserwacje wykazały, że psy węszą swego pana na 500 m, a niektórzy autorzy podają wy­padki dalszego, bo aż do 900 m zasięgu węchu. Rzecz jasna, że nie wszystkie psy mają narządy węchowe równie czułe.
Gdy pies już podrósł na tyle, że opanował aportowanie i robi to chętnie, zamiast ćwiczeń z miską zaczynamy stosować ćwiczenia z przedmiotem na hasło „szukaj, gdzie zguba?".
Tylko psy z wrodzoną pasją do aportowania (patrz rozdz. „Aport" — str. 118) dadzą się wyszkolić na dobre tropowce. Psy aportujące tylko na rozkaz, a więc noszące z musu przedmioty narzucone im przez przewodnika, jak również psy nerwowe i bo-jaźliwe nigdy dobrymi tropowcami nie będą, choćby z natury były obdarzone świetnym nosem.
Do następnego ćwiczenia włączamy aportowanie przedmiotów na śladzie przewodnika, co powinno wchodzić również w zakres nauki każdego wyżła wszechstronnego, aportera i płochacza.
Posłuży w tym celu szukanie zguby (zwierzyny drobnej) na tzw. włóczce. Pomocnik, a najlepiej dwu pomocników, bierze świeżo strzelonego zająca, królika, kurę lub bażanta i markuje miejsce postrzału. Początek włóczki zwierzyny włochatej markuje się przez położenie jej na ziemi i wytoczenie odrobiny farby — u ptaka przez dodanie kilku wyskubanych piór. Następnie pomocnik ciągnie zwierzynę farbującą na sznurze uwiązanym do długiej żerdzi, tak by zwierzyna wlokła się obok, a nie za pomocnikiem. Lepiej jesz­cze, jeśli dwaj pomocnicy ciągną włókę. Wtedy między każdym z nich, a zwierzyną znajdzie się kilkanaście metrów sznura, a więc sztuczny trop nie ma bezpośredniego związku ze śladem pomocni­ka. Na teren pierwszych ćwiczeń wybiera się niskie łąki, później na wszystkich możliwych gruntach, roli albo w lesie kładzie się trop urozmaicając go łukami, początkowo łagodnymi, potem pod coraz ostrzejszym kątem. Trudność i długość tropu wzrasta w mia­rę postępu psa. Trop powinien przechodzić z łąki na rolę i na od­wrót, a przebieg jego musi być przewodnikowi znany, aby mógł korygować ewentualne błędy psa.
Przy końcu tropu kładzie się zwierzynę, która służyła do wle­czenia. Psa prowadzi się na długim otoku (lince), najlepiej na tzw. szelkach, ewentualnie na bardzo wygodnej, szerokiej obroży, nigdy na dławiącej lub kolczastej. Początek tropu wskazuje przewodnik.
Niewątpliwie „zestrzał" zainteresuje psa, który już poprzednio za­poznał się ze zwierzyną przy aportowaniu, a może nawet ściganiu niejednego zająca — co u młodego wyżła nie jest nieszczęściem, lecz raczej dobrą zaprawą lekkoatletyczną.
Przewodnik zachęca psa hasłem „szukaj, gdzie zguba?" i wska­zuje mu na ziemi (o ile tego zachodzi potrzeba) następnie krople farby. Pierwsze ćwiczenia należy przeprowadzać na tropie możli­wie łatwym, lecz zawsze z wiatrem, by psa nie skusiło do buszo­wania lub szukania wiatrem górnym. Przewodnik stara się możli­wie najmniej ingerować, a tylko zależnie od zachowania się psa bądź to zachęca go powtarzając hasło, bądź też hamuje zbyt gwał­towne odruchy spokojnym przemawianiem — „wooolno", „po-wooli". Może też łagodnie powstrzymywać psa otokiem, ale w żad­nym razie nie karcić go ostrymi słowami ani tym mniej szarpać za otok. Gdy już dochodzimy do zwierzyny na dystans swobodnego widzenia jej, puszczamy psa wołając: „szukaj, gdzie zguba? aport?". Jeśli pies zgubi ślad, to nie ganimy go ostro, lecz korygujemy ja­kimś specjalnym hasłem, np. „nie niedobrze", łagodnie znosimy psa z mylnego kierunku, cofamy się o kilkanaście lub kilkadziesiąt kroków łukiem (nie na tropie) i naprowadzamy ponownie na ślad w miejscu, w którym go już uprzednio dobrze wypracował. Jeśli mimo dwukrotnego nawrotu pies trop zgubi, wskazujemy mu go.
Trzeba jednak zwrócić uwagę na okoliczność, że ewentualny wiatr boczny może zwiewać zapach i wtedy pies idący w pewnej odległości od tropu postępuje właściwie, bo idzie w zasięgu fali woni przesuniętej przez wiatr. Dlatego też zawsze, a szczególnie w początkach nauki, należy starać się pracować z wiatrem tylnim.
Po wykonaniu ćwiczenia chwalimy psa radośnie, odbieramy od niego aport i nagradzamy, utrwalając przekonanie, że po szukaniu następuje dalsza przyjemność.
Do nauki aportowania zwierzyny należy wybrać teren słabo ob­sadzony, by zwierzyna wyrywająca się sprzed psa lub krzyżująca trop nie zmyliła go.
Gdy pies wyszkoli się w nienagannym wypracowywaniu coraz dłuższych i trudniejszych tropów — zwalniamy go wcześniej zotoku z hasłem „szukaj, gdzie zguba? aport". Wtedy też oddala­my się powoli od niego, by go nakłonić do jak najszybszego powro­tu z aportem.
Z psem tak przygotowanym możemy już zacząć aportowanie po­strzałków, z tym że na sam początek posyłamy go za zwierzyną ciężko postrzeloną, aby finał pogoni odbył się w naszym polu wi­dzenia. W przeciwnym razie pies, który pierwszy raz dusi zająca, może się dać ponieść pasji i poszarpać go w kawałki. Dlatego przy pierwszych aportach postrzałka przewodnik powinien być możli­wie blisko.
Po pewnym doświadczeniu pies sam świetnie zacznie się orien­tować i odróżniać zwierzynę zdrową od postrzelonej. Wyżła dobrze aportującego kurę, zająca i królika szkoli się następnie na włóce drapieżników (m. i. kota domowego).
W końcu ciągnie się sztuczny trop przez przeszkody, jak np. po­tok lub droga publiczna, gdyż w praktyce nieraz zając przepłynie rów drenowy albo przebiegnie drogę. W miejscu gdzie ślad się urwie i pies nie będzie wiedział co ma robić, przeprowadzamy go na drugą stronę przeszkody i każemy dalej szukać, początkowo ułatwiając podjęcie śladu. Trop można wznowić nieco wyżej lub niżej potoka, by psa nauczyć, że nie wystarczy przepłynąć wodę, lecz trzeba także obszukać przeciwległy brzeg.
Analogicznie szkoli się posokowca na zwierzynę grubą. Jeżeli mamy kilka psów i obfity zwierzostan, można wyspecjalizować po­szczególne psy na poszczególne rodzaje zwierzyny. Aportowanie wtedy odpada, lecz pies powinien oszczekiwać lub wskazywać zwierzynę. Zresztą wyżeł w rękach amatora, a nie zawodowego myśliwego, nie ma prawie nigdy okazji do częstego tropienia po­strzałków sarnich, a tym mniej jeleni lub dzików, nie będzie więc mógł w tej roli współzawodniczyć na serio z posokowcem. Poza tym nowoczesna broń kulowa w rękach etycznego myśliwego gwa­rantuje (jeżeli chodzi o sarnę) skutek wprost piorunujący.
Łatwe tropy wypracuje każdy wyżeł wszechstronny, płochacz czy jamnik bez trudności, nawet jeśli nie był specjalnie szkolony na posokowca. Trzeba tylko dać się zwierzynie rozchorować i prze­prowadzić poszukiwanie z psem na otoku — jak na lekcji. Naj­ważniejszą rzeczą jest, by przewodnik sam się nie denerwował i pozwolił psu spokojnie pracować nie narzucając mu wskazówek w wypadku, gdy nie ma stuprocentowej pewności swego zdania.
W rewirze z obfitym stanem zwierzyny płowej, właściciel łowi­ska, tj. z reguły kółko łowieckie, dbający o odpowiedni poziom etyki łowieckiej zaopatrzy swój personel w specjalnie szkolone posokowce.
Prowadzenie posokowca jest bardzo łatwe, jeśli będzie się pa­miętało o tym, że: karą niczego się psa nie nauczy, tylko ciągła praktyka rozwija wrodzone talenty psa, 3)    wskazana jest specjalizacja psów na poszczególne gatunki zwierzyny (posokowiec właściwy powinien być użyty wyłącznie na tropie jelenim — na dzika najlepiej nadają się terriery myśliwskie).

Polecane strony :

Copyright 2011